Jesteś tutaj

Data dodania

pon., 09/01/2012 - 10:50

 

Choć wiele zapowiadało wybuch kryzysu na Bliskim Wschodzie, fala rewolucji, jaka rozlała się w tym regionie i Afryce Północnej zaskoczyła wszystkich uczestników stosunków międzynarodowych.Rewolucja w Tunezji, Egipcie, wrzenia w Bahrajnie, Jemenie i krwawe zamieszki w Syrii – tak obecnie wygląda Bliski Wschód. Chaos rewolucji ogarnął prawie cały region. Sytuacja w regionie od początku roku ulega stopniowej destabilizacji. Sprawę komplikuje dodatkowo niekończąca się rywalizacja saudyjsko – irańska. W takim właśnie otoczeniu międzynarodowym musi funkcjonować państwo Izraela.

W skutek kryzysu w krajach arabskich Bliskiego Wschodu nastąpiło pogorszenie się sytuacji geopolitycznej Izraela. Tel Awiw popierał reżimy autorytarnych przywódców arabskich z jednego prostego powodu – byli oni gwarantami względnej stabilizacji i bezpieczeństwa, nie tylko regionu, ale i samego Izraela. Arabskie rewolucje przyniosły niepewność w relacjach między państwem żydowskim, a innymi krajami regionu. Państwo żydowskie nieufnie odnosi się do aktualnych wydarzeń w regionie, twierdząc, że mogą one otwierać drzwi dla ekstremizmu islamskiego. Izraelczycy otoczeni przez państwa arabskie targane konfliktami wewnętrznymi, obawiają się o swoje bezpieczeństwo.

„Każdy dziś widzi, że region, w którym żyjemy jest niezwykle niestabilny. Mamy nadzieję, że stabilność będzie odrestaurowana, a konflikty zostaną zażegnane” – mówił Nethanjahu, pytany o reakcję Izraela na krwawe rozruchu w sąsiednich państwach.

W obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie, Izrael jak najbardziej może czuć się zagrożony. Nie dość, że ważny izraelski sojusznik utracił władzę w państwie (mowa o Hosinim Mubaraku, prezydencie Egiptu), to i w Libanie nie dzieje się najlepiej. Hezbollah, kontrolujący południową część tego państwa wzrasta i rośnie w siłę. Aby tego było mało Tel Awiw musi radzić sobie z agresywną retoryką Hamasu oraz wzmożoną ostatnio aktywnością Fatahu.

Informacja o tym, że Palestyńczycy będą zabiegać o uznanie własnego państwa na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ wywołała liczne sprzeciwy nie tylko wśród decydentów izraelskich, ale i obywateli żydowskiego pochodzenia. Dla Izraela uznanie państwowości palestyńskiej oraz członkostwo Palestyńczyków w ONZ jest bowiem nie do przyjęcia.

Walka Palestyńczyków o niepodległość powoduje, wzrost izolacji Izraela na arenie międzynarodowej. Pod koniec tego roku państw uznających Palestynę było już przynajmniej 112. Według ankiety przeprowadzonej we wrześniu br. przez Uniwersytet Hebrajski, 70% Izraelczyków uważało, że jeśli w ONZ kraje zagłosują za państwem palestyńskim, to Izrael powinien uznać tę decyzję.

Wydaje się, że rewolucja w Egipcie najbardziej odcisnęła piętno na sytuację, w której obecnie znajduje się Izrael. Przypomnijmy, że to najbardziej liczebne państwo arabskie od lat uchodziło ze najwierniejszego sojusznika Izraela w regionie. Gdy przyszłość Egiptu nie jest jasna państwo żydowskie musi rozważyć różne warianty zakończenia egipskiego konfliktu wewnętrznego. Izraelscy decydenci najbardziej obawiali się, że władzę w Egipcie obejmą ugrupowania islamskie, co w następstwie może (zdaniem Izraelczyków) zaburzyć równowagę w całym regionie. Nastawione antyizraelsko Bractwo Muzułmańskie wygrywając w styczniu 2011 r. wybory parlamentarne stało się poważnym źródłem niepokojów w państwie żydowskim.

„Izrael z zaniepokojeniem monitoruje wydarzenia nie tylko w Egipcie, ale i w całym regionie. Egipt i państwo żydowskie przez ponad 30 lat było dobrymi sojusznikami. Tak, więc rząd Izraela za wszelką cenę pragnie zachować poprawne relacje z Egiptem” – mówił pod koniec stycznia Netanjahu.

Ponadto, Izrael obawia się, że za rządu islamistów Strefa Gazy może stać się dużo zasobniejsza w nowoczesną broń. Według izraelskiego generała Giora Eilanda, byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Izraela, Hamas przy wsparciu islamskiego rządu Egiptu mógłby doprowadzić do upadku umiarkowanego rządu Mahmuda Abbasa na Zachodnim Brzegu Jordanu. Nie mogłoby być wtedy mowy o jakichkolwiek rozmowach pokojowych. Co więcej, Tel Awiw nadal obawia się (mimo zapewnień, że tak się nie stanie) anulowania traktatu pokojowego z państwem żydowskim zawartego w 1979 roku.

Nie jest tajemnicą, że Izrael od samego początku niepokoił się o los Egiptu w razie odsunięcia Mubaraka od władzy. Dlatego właśnie konsekwentnie i sukcesywnie ostrzegał Stany Zjednoczone przed takim rozwojem wypadków, argumentując, że może to zostać wykorzystane przez islamistów a to doprowadziłoby do destabilizacji całego regionu.

Po rezygnacji Mubaraka w połowie lutego i przejęciu władzy w państwie przez egipskie siły zbrojne obawy ze strony Izraela nieco osłabły. Najwyższa Rada Sił Zbrojnych Egiptu zaraz po przejęciu władzy w kraju oświadczyła, że będzie przestrzegać wszystkich wcześniejszych zobowiązań. Decyzja ta spotkała się z przychylną reakcją państwa żydowskiego. „Traktat izraelsko – egipski jest kamieniem węgielnym pokoju i stabilności, nie tylko między oboma krajami, ale również na całym Bliskim Wschodzie” – mówił Netanjahu.

Nazajutrz po przejęciu władzy w Egipcie przez armię doszło do pierwszego kontaktu z władzami izraelskimi. W rozmowie telefonicznej marszałek Mohamed Hussein Tantawi, obecny przewodniczący Rady oraz minister obrony Izraela Ehud Barak wymieniali zapewnienia o wzajemnej przyjaźni.

Wobec syryjskich protestów i antyrządowych zamieszek Izrael milczy. Niektórych może dziwić fakt, że Izraelczykom nie zależy na zmianie reżimu Assada. Izrael woli nie wydawać żadnych oświadczeń w tej sprawie z obawy, że zostanie to odebrane przez rząd Syrii jako mieszanie się w jej wewnętrzne sprawy. Tel Awiw zapewniając, że nie będzie angażował się w kryzys syryjski, jednocześnie wyraził zaniepokojenie sytuacją w tym państwie.

Jedynym krokiem wykonanym przez Izrael w tej kwestii było złożenie w ONZ skargi na Syrię i Liban w związku ze starciami na granicach tych krajów podczas obchodów Dnia Jakby, w czerwcu 2011 r. Według Izraela, zostały pogwałcone granice, układy międzynarodowe i oenzetowskie rezolucje.

Reakcja Stanów Zjednoczonych na wydarzenia w regionie była do przewidzenia. Administracja prezydenta Barcka Obamy oświadczyła bowiem, że będzie wspierać reformy polityczne i gospodarcze w każdym kraju arabskim. W takim tonie wypowiadały się Stany Zjednoczone, gdy w Egipcie Mubarak tracił władzę. Natomiast, gdy sytuacja w Libii stała się krytyczna USA podjęły decyzję o udziale w kampanii militarnej przeciwko Muammarowi Kadafiemu. Co do Syrii, amerykańska administracja nie reaguje aż tak stanowczo. Obama dał jasno do zrozumienia, że presja Zachodu na reżim Assada będzie rosła a krwawe tłumienie protestów jest niedopuszczalne. Już dziś wiemy, że Stany Zjednoczone ogłosiły nowe sankcje dla Syrii – wszelkie aktywa syryjskich firm w USA zostały zamrożone a Barack Obama zamierza wezwać Assada do ustąpienia.

Ponadto Stany Zjednoczone po raz pierwszy skrytykowały władze Bahrajnu, za krwawe tłumienie antyrządowych protestów, nie wspominając jednak ani słowem o pomocy Arabii Saudyjskiej w pacyfikacji demonstracji i rozruchów w tym kraju. Podobnie administracja Obamy odniosła się do napięć w Jemenie, nawołując prezydenta Aliego Abdullaha Saleha do przekazania władzy.

Jednym ze skutków arabskich rewolucji jest zwiększony przemyt broni w ramach całego regionu. Najbardziej niebezpieczna sytuacja panuje na granicy między Egiptem a Strefą Gazy. Duża część broni dociera do Gazy poprzez Egipt z Libii. Wraz z rewolucją w państwie libijskim, niekontrolowane przez nikogo arsenały broni trafiły w ręce Hamasu.

Być może, protesty społeczeństwa arabskich przyczyniły się także do zaognienia sytuacji w samym Izraelu. Przypomnijmy, że w lipcu na ulicach miast protestowało ponad 60 tys. Izraelczyków domagających się zmian w polityce państwa. Ponadto arabska wiosna ludów spowodowała dramatyczne protesty przy granicy izraelsko – libańskiej, w Strefie Gazy oraz Zachodnim Brzegu Jordanu, potęgowane przez majowe porozumienie na linii Fatah – Hamas.

Ruchy islamistyczne (głównie egipskie Bractwo Muzułmańskie i al – Nahda w Tunezji) dzięki arabskiemu wrzeniu stają się głównymi graczami w regionie, mimo, że same ugrupowania nie odrywały dużej roli w protestach.

Podczas gdy rewolucje w poszczególnych państwach arabskich miały ogromny wpływ na zmianę rozwiązań politycznych, nie przyniosły one większych zmian w regionalnych strukturach władzy. Rezultatem arabskich rewolucji są również działania Palestyńczyków na rzecz uznania ich państwa przez ONZ. Władze Palestyny podążając za przykładem arabskich sąsiadów podejmują kroki w celu zapewnienia większej jedności.

Rewolucje w Egipcie i Tunezji, kryzys w Bahrajnie oraz wojna domowa w Libii doprowadziły do poważnego wzrostu cen paliw. Cena baryłki ropy naftowej osiągnęła rekordową cenę 127 USD. Należy zaznaczyć, że fala protestów przetaczających się przez Bliski Wschód i Afrykę Północną w zróżnicowany sposób dotkną poszczególne kraje regionu. I tak Kuwejt i Arabia Saudyjska już dziś notują wzrost PKB, a państwa takie jak Tunezja, Jemen czy Egipt walczą z inflacją i dramatycznym wzrostem cen żywności. Napięcia polityczne i społeczne w całym regionie już niedługo mogą być napędzane przez fale uchodźców z krajów dotkniętych najgłębszym kryzysem, w których pojawi się widmo głodu. Kryzys w ubogich i niestabilnych państwach dotkniętych rewolucją wydaje się nieunikniony.

 

Fot. Mona (Feb8-3:34pm) [CC-BY-2.0 (www.creativecommons.org/licenses/by/2.0)], undefined

Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.