Jesteś tutaj

Data dodania

wt., 13/11/2012 - 10:49

 

Rozmowa z Tomkiem Michniewiczem dziennikarzem, aktywistą i autorem dwóch bestsellerowych reportaży. Dlaczego nie podróżnikiem? Tego dowiecie się z pierwszej części wywiadu.

Rozmawia Martyna Kośka.

 

Podróże

 

Samolot kołuje na Okęciu. Wracasz z podróży. Co czujesz – że przygoda się skończyła czy może właśnie się zaczyna?

Ani jedno, ani drugie. Z reguły gdy samolot ląduje, mam juz zaplanowane kolejne podróże, więc tylko przepakowuję plecak, piorę rzeczy i przygotowuję się do następnego wyjazdu. Powrotów żałują ludzie, którzy nie mają do czego wracać.

 

Za czym tęsknisz, gdy jesteś poza domem?

Jeśli jestem w tropikach, to za polskim jedzeniem – kanapkami i zupą pomidorową (śmiech). Jeśli w Azji przez dwa miesiące jem tylko ryż, przedziwne rzeczy się zdarzają w głowie... Tęsknię za najbliższymi. To jest tak, że im dłużej człowiek jest w trasie, tym bardziej czuje, co jest dla niego naprawdę ważne w życiu. Odsiewa się takie rzeczy, które się nam wydają ważne. Nagle okazuje się, że te wszystkie maile, sprawy do załatwienia, egzaminy, kredyty -  że to wszystko nie ma takiego wielkiego znaczenia.

 

Gdzieś przeczytałam, że jesteś "pierwszym polskim backpackerem". Czy możesz wyjaśnić, bo nie wszyscy wiedzą – czym jest backpacking?

Backpacker to człowiek, który podróżuje bez biura podróży i to jest najkrótsza i jedyna definicja. Celów i sposobów podróżowania są miliony, każdy kto podróżuje, robi to na swój sposób. Jedni podróżują, by zwiedzać, inni - żeby leżeć na plaży, jeszcze inni szukają na przykład przygód kulinarnych. Cechą wspólną jest to, że backpackerzy nie korzystają z usług biura podróży: sami kupują bilet, rezerwują hotele, sami decydują, co zrobić dzisiaj, jutro i pojutrze.

Natomiast wracając do tego, że jestem "pierwszym polskim backpackerem" – to bzdura, i to gigantyczna. W Polsce jest co najmniej 20 tysięcy backpackerów,  którzy robią dokładnie to samo co ja, nie jestem wśród nich w żadnym wypadku wyjątkowy. Jest też mnóstwo ludzi, od których sam się uczę, którzy mają o wiele dłuższy staż niż ja, większe doświadczenie. Tak więc takiego określenia mógł użyć jedynie ktoś, kto nie ma pojęcia o tym środowisku.

 

Czy można być backpackerem np. w Tatrach? Przyjęło się mówić, że backpacking zawiera jakiś element egzotyki, że to podróż z plecakiem na koniec świata.

Można, choć przecież jeśli masz wybór między wyjazdem do Czech albo wylotem do Malezji, to wybierasz Malezję. Te dwa wyjazdy mogą wbrew pozorom kosztować tyle samo, a egzotyczna kultura jednak dużo bardziej pociąga.

 

Zdarzyło Ci się kiedyś wyjechać z biurem podróży?

Raz, 12 lat temu. Nigdy więcej.

 

To był Twój pomysł?

To była moja osobista nagroda za zdaną maturę. Największym przejawem luksusu wydawał mi się wtedy wyjazd z biurem podróży do egzotycznej Tunezji i mieszkanie w czterogwiazdkowym hotelu. Po dwóch dniach miałem poczucie totalnego marnowania czasu, a to jest coś, czego nienawidzę. Nie mogłem zdzierżyć tego syfu, który tam się odbywa, tej sztuczności, tego inkubatora dla turystów. Spędziliśmy jeden dzień poza hotelem, pojechaliśmy do medyny, wpadliśmy w kłopoty, pojechaliśmy do sąsiedniego miasta, wróciliśmy następnego dnia – i to był najlepszy dzień tego wyjazdu. Stwierdziłem, że nigdy więcej  nie wyjadę z biurem.

 

Jakimi podróżnikami są Polacy? I w ogóle – czy są podróżnikami czy turystami?

Musiałabyś zdefiniować podróżnika, bo dyskusja o to trwa od przynajmniej od pięćdziesięciu lat. W moim osobistym słowniku podróżnik to ktoś, kto odkrywa coś nowego, odpowiednik eksploratora. W tej chwili już tak naprawdę nie ma podróżników, bo niewiele rzeczy zostało do odkrycia – jest więc coraz więcej turystów, nawet jeśli część z nich to backpackerzy.

A jakimi turystami są Polacy? Przede wszystkim nieśmiałymi. Jeśli porównać polskich backpackerów (będę już używał tego słowa) na przykład z brytyjskimi, to Brytyjczycy często jadą w świat z poczuciem: "jestem tutaj panem, świat to moja kolonia i wszystkie te bose dzikuski mają mi usługiwać". Oni po prostu podskórnie czują się wszędzie u siebie w domu i tak się zachowują, istny dramat. Polacy z kolei mają w sobie trochę takiego kompleksu: "ja z małej wsi, z jakiegoś zaścianka, jestem w bardzo egzotycznym miejscu i to jest dla mnie duże przeżycie". I mówiąc szczerze, wolę to drugie podejście.

Słowa „podróżnik” zresztą używa się, jakby to było jakieś osiągnięcie. Nigdy w życiu nie powiedziałem o sobie, że jestem podróżnikiem, mimo że tak się mnie określa. Dla mnie podróżnikiem to jest na przykład Reinhold Messner, który wszedł na Mount Everest bez tlenu. Podróżnikiem jest Jacek Pałkiewicz, który wsiada w pirogę mając 66 lat i przepływa całe Borneo – a nie Tomek Michniewicz, który jedzie tam, gdzie 200 tysięcy ludzi co roku dojeżdża i doświadcza tych samych rzeczy co oni. Zdarza mi się czasem robić rzeczy niedostępne dla innych, ale to są bardziej zadania dziennikarskie niż eksploracyjne, dlatego nie uważam się za podróżnika.

 

Czego się o sobie dowiedziałeś podróżując – albo wyruszając w "turystyczne" trasy?

Jeżdżę po to, by się dowiadywać coraz więcej o sobie i o świecie. Jesteśmy wychowywani w określonej kulturze – przez rodziców, nauczycieli, "Pana Tadeusza", którego nam wmuszają w szkole – i wtłacza się nam do głowy, że jest jeden prawidłowy sposób na życie, że jest jedna droga, którą powinniśmy pójść. Musisz mieć żonę, dzieci, mieszkanie, stabilną pracę od 9 do 17 i samochód. Ja nigdy nie widziałem większej bzdury, ale żeby zrozumieć, że to jest bzdura, musisz zobaczyć alternatywę. Znam ludzi, którzy wyjechali do Nowej Zelandii bez grosza przy duszy, a dziś mieszkają na tropikalnych wyspach i pracują po dwa dni w tygodniu – tak też można! Niczego im tam nie brakuje. Znam parę, która wyjechała z Polski rzuciwszy uprzednio pracę w agencji reklamowej, w której byli dyrektorami i świetnie zarabiali, i pojechali na 4 lata w trasę. Jeszcze nie wrócili. Jest wiele opcji i ta z mieszkaniem nie jest jedyną. To jest moja największa lekcja.

 

Czy trudno jest wydać książkową relację z podróży, książkę podróżniczą?

Dla mnie było to bardzo proste – bo propozycja sama przyszła. Odrzuciłem pierwszą ofertę wydawnictwa uznając, że nie mam wystarczającej wiedzy i doświadczenia, by coś opublikować, ale prezes Wydawnictwa Otwartego przyjechał do mnie z Krakowa i mnie usilnie namawiał. Ustaliliśmy, że przygotuję fragment tekstu, razem nad nim popracujemy i jeśli efekt będzie zadowalający, możemy pomyśleć o całości. Przygotowałem jeden fragment, później kolejny rozdział. Książkę przeczytał Jacek Pałkiewicz i później przysłał mi tylko jedno zdanie - a dodam, że nigdy wcześniej go nie spotkałem; od lat był moim idolem, ale nie znaliśmy się. Dostałem takiego maila: "Panie Tomku, znakomita robota". Straciłem argumenty, żeby się dalej opierać.

Jest wielu podróżujących ludzi, którzy próbują wydać książki, ale im się to nie udaje – tyle że w 98% przypadków towar, który proponują po prostu nie jest dobry i to nie ma nic wspólnego z jakimiś układami czy powiązaniami. Jeśli masz słaby warsztat, nie umiesz pisać, opowiadasz historie, który może opowiedzieć każdy, to na coś takiego nie znajdziesz wydawcy. Proste, i nie ma co obwiniać innych.

 

Mam wrażenie, że od kilku lat trwa prawdziwy boom na książki podróżnicze, relacje z podróży. Mnogość tytułów, nowe nazwiska na księgarskich półkach. Zapoznajesz się z nimi?

Kartkuję je. Staram się poznać ważniejsze pozycje, ale wszystkich nie jestem w stanie.

 

Która zrobiła na Tobie ostatnio wrażenie?

Staram się nie wypowiadać o kolegach z branży, bo uważam, że to nie w porządku. Nie znam na przykład cienkiego aktorzyny, który by oceniał Zbigniewa Zamachowskiego i ja też nie chciałbym tego robić. Często dostaję od różnych wydawnictw robocze teksty z prośbą o recenzję i oceniam je uczciwie, ale zawsze zastrzegam, że ta ocena nie ma prawa pojawić się później nigdzie publicznie. Jeśli mam coś powiedzieć autorowi o jego pracy, to powiem mu to prosto w oczy.

 

Praca

 

W jaki sposób dostałeś się do Trójki? To marzenie chyba każdego dziennikarza, a Ty zacząłeś tam pracę, gdy byłeś bardzo młody.

Miałem 24 lata. Zadzwonił do mnie Krzysztof Skowroński. W Radiu Bis, w którym wtedy pracowałem (dzisiejsza Czwórka), prowadziłem  akcję: "Dziko i tanio". To był program podróżniczy, który miał pokazać, jak pojechać bardzo tanio i bardzo daleko, wrócić cało, co zrobić i o czym opowiedzieć później mamie przy kolacji. Krzysztof słuchał tego programu, albo przynajmniej skojarzył, że coś takiego istnieje. I gdy wpadł na pomysł serii „Trójka Przekracza Granice” - która miała polegać na tym, że cztery osoby jadą w cztery strony świata i równocześnie z tych miejsc nadają relacje na żywo, a to jest supertrudne logistycznie - ktoś mu chyba podpowiedział, że jest w Czwórce taki chłopak, który robił podobne rzeczy, może jego weźmiemy. Krzysztof zaprosił mnie na spotkanie. Zapytał, czy chciałbym pracować w Trójce. Co mogłem odpowiedzieć?

I nie, nie mam żadnych koneksji rodzinnych z Beatą Michniewicz. (śmiech) Wierzę, że jeśli pracujesz wystarczająco długo w jakimś środowisku, to siłą rzeczy poznajesz praktycznie wszystkich, którzy się w nim liczą i nie potrzebujesz kumoterstwa. Do tego trzeba czasu, zrobienia wielu beznadziejnych projektów, nieporadzenia sobie kilka razy. Trzeba nabrać doświadczenia, dzięki któremu można podejmować się coraz trudniejszych rzeczy i pracować z coraz lepszymi ludźmi. Historia każdego zawodowca to jest głównie historia porażek, a nie sukcesów.

 

Wielu ludzi chciałoby, żeby ich pasja stała się jednocześnie sposobem na życie, źródłem utrzymania. Tobie się udało. Jakiś przepis na sukces?

Nie róbcie tego – bo to jest najgorsze, co możecie zrobić w życiu. Jeśli masz jakąś pasję – w moim przypadku to fotografia, muzyka i podróże – to masz coś, do czego wracasz po ciężkim dniu pracy, przy czym się odstresowujesz, w czym się realizujesz. Najważniejszym, co ci daje podróż, jest wolność, totalne poczucie wolności. W momencie, gdy podróż staje się pracą, pojawiają się obowiązki, a wraz z nimi wolność bezpowrotnie znika. Nagle się okazuje, że jest stres, są terminy, których musisz dotrzymać, że masz przywieźć ileś tam zdjęć, że musisz się gdzieś dostać, bo jak się nie dostaniesz, to stracisz zlecenie – i to powoduje, że zabierasz ze sobą cały ten stres, który chciałaś zostawić w domu.

 

Ale kim byś był, gdybyś nie pisał o podróżach, które kochasz?

Tobie się wydaje, że ja się z tego utrzymuję, a tak nie jest. Bardzo dbam o to, by zarabiać pieniądze w sferach, które mnie nie grzeją emocjonalnie – prowadzę szkolenia, działania medialne, kampanie marketingowe – jednym słowem dużo takich nudnych, biurowych rzeczy, które trzeba robić po to, by trochę zarobić i wyjechać bez stresu. Wtedy piszę książki, robię zdjęcia. Nigdy w życiu nie popełnijcie tego strasznego błędu, by hobby stało się pracą, gdyż w tym momencie zamienicie miłe skojarzenia z tą pasją na coś, co nie będzie już ani odrobinę miłe. Spytaj dowolnego pilota wycieczek, który bardzo dużo podróżuje, czy jest zadowolony z odbywanych przez siebie  podróży z turystami. Dopiero się nasłuchasz.

 

Co byś powiedział młodym ludziom, którzy teraz zaczynają studia na kierunku dziennikarstwo i mają nadzieję, że za kilka lat ich reportaże podbiją świat wydawniczy?

Że są w grubym błędzie. Sam studiowałem dziennikarstwo i uważam, że to są niewłaściwie nazwane studia. One powinny się nazywać "pięć kolejnych lat liceum ogólnokształcącego", bo to jest dokładnie to. Jest trochę ekonomii, trochę filozofii, historii czy socjologii, w sumie nic konkretnego. To są studia dla tych, którzy rozumieją, że jeśli ma się dużo czasu po zajęciach, to ten czas powinien być poświęcony na samodzielny rozwój.

Na moim roku 90% ludzi bardzo się cieszyło, że mają lekkie studia i piło piwo po wykładach, jak gdyby to było ich główne zadanie pozalekcyjne. Nie widzę ich dziś na rynku. Obserwuję też roczniki, które obecnie dostają się na dziennikarstwo, kończą je i wchodzą na rynek. Coraz częściej widzę taki trend, że ludzie wybierają dziennikarstwo nie dlatego, że chcą pracować z informacją, że rozumieją, czym jest reportaż czy dziennikarstwo śledcze, a chcą być znani, sławni. Wydaje im się, że to jest najprostsza droga do tego, by być celebrytą. Bardzo się mylą. Bardzo, bo droga do bycia celebrytą nie prowadzi przez studia dziennikarskie ani w ogóle przez żadne studia - prowadzi przez okładkę "Playboya" albo reality show. To najprostsza i najefektywniejsza droga.

 

Rekrutujesz młodych ludzi do pracy? Jak oceniasz absolwentów szukających pracy?

Tak, bardzo często. Mogę coś poradzić młodym ludziom szukającym pracy: napiszcie dobre CV. Nawet, jeśli nie ma w nim wiele treści, bo odbyliście wyłącznie psiawy miesięczny staż w TVN, zadbajcie o to, by sprawić profesjonalne wrażenie.

Dla pracodawcy najważniejsze jest poczucie pewności co do tego, kogo zatrudnia i co kupuje od takiego kandydata. Jeśli kandydat się spóźni dwie minuty na rozmowę rekrutacyjną, to u mnie nie ma żadnych szans – oczekuję, że będzie za pięć i poczeka pod drzwiami, bo wtedy wiem, że nawet, jeśli jechał na spotkanie z Radomia, to wziął poprawkę na wszystkie korki i nieprzewidziane sytuacje. To jest dla mnie bardzo cenna informacja. Jeśli się spóźnił na spotkanie o swoją własną pracę, to będzie sie spóźniał na spotkania z moimi klientami, a tego nie mogę tolerować.

Nawet jeśli szukający pracy nie ma bogatego doświadczenia zawodowego, to przecież w dalszym ciągu może mieć cechy, które dla mnie jako dla pracodawcy są atrakcyjne, prawda? Chęć do nauki, gotowość do rozwoju, poświęcenia wolnego czasu na doszkalanie, zaangażowanie i drobiazgowość, przez którą rozumiem solidność w tym, co ta osoba robi, świeże pomysły. To widać już po CV. CV to jedyna reklama szukającego pracy – dlaczego więc nie może on poprosić kolegi, który studiuje grafikę, żeby mu zrobił ładne, estetyczne, profesjonalne CV, które się będzie wyróżniało? Nie zliczę, ile razy widziałem byle jakie CV ściągnięte z sieci, z literówkami i nienaturalnie rozsuniętymi marginesami, żeby się jak najwięcej zmieściło, treść napisaną drobnym maczkiem – dla mnie to jest sygnał, że człowiekowi nie zależy nawet na nim samym. Czemu miałbym go zatrudniać?

Obecnie nikt już nie drukuje CV, więc można je zrobić w niebanalny sposób – dlaczego nie może to być prezentacja w PowerPoint czy animacja flash'owa? Na tysiąc CV – twoje musi się wyróżniać. Z samej formy CV ma wynikać, że kandydat jest inteligentny, kreatywny, mądry, pomysłowy. Warto poświęcić dwa dni na zrobienie dobrego CV. CV raz zrobione zaprocentuje w przyszłości, więc warto się do niego przyłożyć, gwarantuję.

 

 

Tomek Michniewiczdziennikarz, backpacker, fotograf, radiowiec i aktywista. Autor dwóch bestsellerowych reportaży: „Samsara. Na drogach, których nie ma” oraz „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów”, redaktor naczelny serwisu podróżniczego KoniecŚwiata.net. W przeszłości dziennikarz radiowej Trójki, „Polityki” i Polskiego Radia BIS. Laureat czterech statuetek na festiwalu cywilizacji i sztuki mediów, odkrywców i podróżników Mediatravel, nominowany do nagrody National Geographic „Traveler”.

 

Druga częśc rozmowy już wkrótce. 

Tagi:

Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.