Autor:
Data dodania
Na szczycie Unia Europejska-Ukraina, który odbył się 19 grudnia 2011 roku, nie doszło do oczekiwanego parafowania umowy stowarzyszeniowej. Można było spodziewać się tego już co najmniej od początku grudnia, mimo to pozostaje pewien żal, bo Ukraina nigdy jak dotąd niebyła tak blisko Unii Europejskiej, współpraca na linii Bruksela-Kijów nigdy nie była tak dalece zaawansowana, polscy entuzjaści zbliżania Ukrainy do Europy Zachodniej nigdy nie mieli tylu powodów, by otwierać szampana. Tymczasem nie ma powodów do radości, gdyż Unia ma zbyt wiele wątpliwości co do procesów demokratycznych na Ukrainie, wobec czego wstrzymuje się z dalszą integracją.
Ukraina przedstawia grudniowy szczyt jako sukces polityczny, jednak trudno podzielić ten optymizm. Ukraina stoi w rozkroku między Rosją a Europą Zachodnią, jednak taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Są grupy interesów, które przyszłość kraju upatrują w jak najściślejszym związku z Rosją, jednak władze ukraińskie mają świadomość, jak bardzo niestabilnym partnerem potrafi być Rosja i jak wiele ryzykuje państwo, które czyni z niej głównego partnera gospodarczego i politycznego. Dla rozgrywek politycznych Rosja potrafi z dnia na dzień wstrzymać dostawy gazu, a przynajmniej bez oporu takie groźby wysuwa, potrafi negować podpisane umowy czy zmienić ich interpretację dla realizacji swoich interesów, ale przede wszystkim po to, by pokazać, kto tu rządzi. Unia Europejska, choć nie w każdej sytuacji jest idealnym partnerem, nie pogrywa w ten sposób, nie zależy jej ponadto na marginalizowaniu swoich partnerów, a to wszystko czyni ją podmiotem bardziej wiarygodnym, niż Rosja. Mimo to, jak dotychczas Ukraina więcej czerpała ze współpracy z Rosją, która dla zyskania sobie przychylności, niejednokrotnie faworyzowała Ukrainę, stosując preferencyjne stawki sprzedaży. Dla przeciętnego Ukraińca Unia Europejska i korzyści, jakie mogą płynąć ze ściślejszej jej integracji Ukrainą – są mimo wszystko abstrakcyjne, podczas gdy owoce współpracy z Rosją są jak najbardziej namacalne. Nic więc dziwnego, że na wzmocnienie współpracy z Unią za cenę ochłodzenia relacji z Moskwą (nie da się być w równie bliskich relacjach z oboma podmiotami jednocześnie, Rosja na taki układ nigdy nie wyrazi zgody) nie ma jednomyślnej zgody – Ukraina jednak zdecydowała się na ten krok i od wielu miesięcy negocjuje z Brukselą tekst umowy stowarzyszeniowej, więc brak jej parafowania powinien być mimo wszystko odebrany jako porażka.
Prawdopodobnie umowa zostałaby parafowana, gdyby nie upolityczniony proces byłej premier, Julii Tymoszenko i inspirowany przez ośrodek prezydencki wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności za rzekome przestępstwa gospodarcze w trakcie, gdy Tymoszenko stała na czele rządu. Proces niewiele miał wspólnego ze standardami przyjętymi w krajach Unii Europejskiej i od samego jego początku Bruksela przypominała, że dalsze mieszanie się polityków, a w szczególności prezydenta Janukowycza, w działania sądu, skutkować może wstrzymaniem prac nad przyjęciem układu stowarzyszeniowego. Szczyt odbył się w planowanym terminie, jednak, zgodnie z przewidywaniami, układ nie został parafowany, co więcej, nie określono, kiedy parafowanie będzie miało miejsce. Jednym z powodów braku parafowania umowy miał być fakt, że 19 grudnia dokument nie był jeszcze gotowy, brakowało pewnych ustaleń w rozdziale poświęconym strefie wolnego handlu, to jednak nie to było największym mankamentem. Ukraina – jako strona umowy – ma oświadczyć, że akceptuje wartości, które są charakterystyczne dla państw Unii Europejskiej. Wśród tych wartości wskażemy prawo każdego człowieka do uczciwego procesu i niezależność sądownictwa od pozostałych instytucji. Wydarzenia ostatnich miesięcy na Ukrainie kazały europejskim politykom zastanowić się, czy Ukraina już jest gotowa na przyjęcie stosownych zobowiązań, a jeśli podpisanie umowy (wcześniej parafowanie) traktować można jako nagrodę, to czy zasłużyła, by taką nagrodę otrzymać. Dali odpowiedź negatywną, ale obawiam się, że do pewnego stopnia Unia strzeliła sobie w stopę. Jak wskazałam na początku, to wcale nie jest tak, że dla Ukrainy Unia jest najlepszą ze wszystkich alternatyw, a przekładając parafowanie umowy, Unia oddala się od Ukrainy i jednocześnie pozwala Rosji się zbliżyć jeszcze bardziej – wszak przyroda nie znosi próżni. Zbyt duży wpływ Rosji na którykolwiek z europejskich krajów to zawsze przegrana Unii – jak więc widać, relacje są skomplikowane. Z jednej strony, gdyby Unia przymknęła oko na wciąż zbyt powolny proces demokratyzacji na Ukrainie, dałaby niejako zielone światło dla takiego zachowania, z drugiej – straciła historyczną szansę na umocnienie nie tylko swej pozycji na Ukrainie, ale także – na wzmocnienie samej Ukrainy. Nie ma wątpliwości, że Ukraina może wiele zyskać, inspirując się Unią Europejską i przyjmując aquis communitaire, czyli dorobek wspólnotowy. W Brukseli pojawiły się komentarze, że zasadnym jest odłożenie podpisania umowy do 2015 roku – to rok najbliższych wyborów prezydenckich na Ukrainie. Miałby to być okres próbny, w którym Unia obserwować będzie poczynania ekipy rządzącej. Czy po tak długim czasie będzie jednak sens wracać do rozmów nad jakimkolwiek dokumentem, a zwłaszcza tak ramowym, jak umowa stowarzyszeniowa? Nie jest to wszak żadne przesądzenie o członkostwie kraju w strukturach Unii, stowarzyszenie ma prowadzić wyłącznie do powstania uprzywilejowanych więzów z państwem nieczłonkowskim (stanowi o tym Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej). Skoro w samej Unii tak wielu jest przeciwników sankcjonowania samej „wzajemności praw i obowiązków, wspólnych działań i szczególnych procedur” (znów TFUE), to mam jak najczarniejsze wyobrażenia ewentualnych rozmów o akcesji Ukrainy do Unii w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Polscy europarlamentarzyści od samego początku dopingowali Ukrainę w jej europejskich aspiracjach, choćby miała to być tylko umowa stowarzyszeniowa. Planowane na grudzień parafowanie jej miało być jednym z najważniejszych wydarzeń polskiej prezydencji, tym bardziej, że Polska zawsze była rzecznikiem państw Europy wschodniej w Unii, czego dowodem jest choćby wspierana przez Polskę idea Partnerstwa Wschodniego. Kilka miesięcy temu Paweł Zalewski powiedział, że „umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą jest bezprecedensowa - idzie znacznie dalej i ma znacznie szersze aspiracje, niż umowa stowarzyszeniowa podpisana z Polską z 1992 r.”. natomiast prof. Ryszard Legutko tak argumentował potrzebę szybkiego podpisania umowy stowarzyszeniowej: „Układ Stowarzyszeniowy z Ukrainą jest najdalej idącym układem tego typu, zwiastuje nową generację układów o stowarzyszeniu i przewiduje niespotykany dotychczas stopień integracji między Unią Europejską a krajem trzecim. Stworzy skuteczniejsze ramy do dwustronnego dialogu i pozwoli na lepsze monitorowanie przestrzegania zobowiązań podjętych przez Ukrainę w ramach niniejszej umowy, w tym w odniesieniu do naszych podstawowych wartości. Podpisując umowę Ukraina zobowiązałaby się do wdrożenia ogromnej części unijnego prawodawstwa, co powinno zasadniczo zmienić jej system i wprowadzić standardy, normy oraz reguły charakterystyczne dla UE. Ukraina, związałaby się z Unią Europejską oraz przyjęła jej zasady, stanowiąc dla Ukrainy narzędzie i plan działania umożliwiające kierowanie procesem przeprowadzania wewnętrznych reform”. Dodał, że nie ulega wątpliwości, że Ukraina jest krajem ważnym z punktu widzenia całej architektury bezpieczeństwa i równowagi europejskiej. Układ stowarzyszeniowy ma sprawić, aby Ukraina znalazła się w zachodniej części sceny politycznej. Oby ta myśl nie zginęła gdzieś w czasie – wciąż jeszcze odległej – drogi Ukrainy do Unii. O ile wcześniej nie otrzyma ona bardziej atrakcyjnej oferty od partnera, który nie wymaga dostosowania sądownictwa czy zasad poszanowania obywateli, ale za to - pełnego posłuszeństwa.
Zobacz też:
- Violeta Lemekh, UE w polityce zagranicznej Ukrainy
Zdjęcie: Kremlin.ru [CC-BY-3.0 (www.creativecommons.org/licenses/by/3.0)], undefined
Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.


Wykop
Blip
Sledzik