Jesteś tutaj

Autor:

Data dodania

śr., 25/05/2011 - 10:31

 

Ambitny konserwatysta, zagorzały antykomunista

 

Wewnętrzni i zewnętrzni obserwatorzy podnoszą alarm, że posunięcia premiera Węgier prowadzą ku półdemokracji, autokracji, a nawet państwa wodzowskiego - jak napisał „Die Zeit”. Szefa rządu w Budapeszcie porównuje się nawet do „Pinocheta Europy Środkowej”.

Viktor Orban od początku politycznej kariery uważany był za ambitnego konserwatystę. W latach 1998-2002 stał na czele węgierskiego rządu jako najmłodszy ówcześnie premier w Europie. Jest jednym z założycieli i wieloletnim szefem prawicowego Fideszu. Przez swoich przeciwników oskarżany był o dyktatorskie zapędy. – Ludzie mówią
o nim „mały Bóg” lub „papież”, bo jak się uważa otaczają go nie jego zwolennicy, ale ludzie którzy w niego wierzą – mówi Attila Agh, węgierski komentator.  Określa się go jako zagorzałego antykomunistę, sam był dysydentem politycznym. Dyshonorem była dla niego dwukrotna przegrana w wyborach parlamentarnych w 2002 i 2006 roku z socjalistami pod przewodnictwem Ferenca Gyurcsány’ego.

 

Bezapelacyjne zwycięstwo

 

Gdyby nie przeciek z tajnego posiedzenia rządu w 2006 roku i widmo bankructwa państwa w dobie wielkiego kryzysu w latach 2008-2009 to jego polityczna kariera mogłaby powoli dążyć ku zmierzchowi. Paradoksalnie to kryzys obnażył w oczach Węgrów nieudaną walkę rządu socjalistów z jego następstwami. Sytuacja ekonomiczna Węgier była i jest trudna. Co trzeci obywatel żyje na granicy ubóstwa lub poniżej tej granicy. Dlatego w kwietniu 2010 roku Fidesz zwyciężył bezapelacyjnie, zdobywając prawie 53% głosów, co przełożyło się na 263 z 386 miejsc w parlamencie (obok socjalistów, liberałów i skrajnie prawicowej partii Jobbik). Dwie trzecie miejsc w węgierskim parlamencie oznacza także możliwość zmiany konstytucji i przyjmowania dowolnych ustaw bez oglądania się na opozycję. To wielkie zwycięstwo Fideszu było możliwe dzięki graniu na nucie populizmu i zbijaniu kapitału na negatywnej ocenie polityki socjalistów. Większa połowa elektoratu została w domu, a zmobilizowany elektorat prawicy skumulował wielką wygraną premiera Orbana. Jednak nie wszędzie wiadomość tę przyjęto entuzjazmem. „The Economist” krytykował Orbana za – „cyniczny populizm
i zakamuflowany autorytarny i socjalistyczny styl uprawiania polityki”.

 

Widmo bankructwa i nacjonalizacja emerytur

 

W 2008 roku Węgry były na granicy bankructwa ekonomicznego i w październiku musiały skorzystać z pakietu pomocowego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, UE i Banku Światowego w wysokości 20 mld EUR. Równolegle wiązało się to z zobowiązaniem Budapesztu do zredukowania swojego deficytu budżetowego do 3,8 proc. PKB do 2010 roku. Pomoc okazała się niewystarczająca, a polityka socjalistów nie prowadziła do redukcji długu. W 2002 roku dług publiczny sięgał 53 proc. PKB by w 2010 osiągnąć 80 proc. Premier Orban odrzucił dalszą pomoc MFW, bo nie chciał by Węgry obarczone były stale rosnącymi zobowiązaniami.

Rząd ratował się, przejmując prywatny filar systemu emerytalnego. W listopadzie 2010 roku okazało się, że Węgrzy nie mają wyboru - kto zostanie w OFE, straci prawo do państwowej emerytury, która stanowi 70 proc. uposażenia węgierskich emerytów (30 proc. to środki z OFE). Eksperci byli bardzo sceptycznie nastawieni wobec tego pomysłu To wydarzenie bez precedensu w Europie, gdyż rząd zagroził własnym obywatelom wyrzuceniem z państwowego systemu. Rządowi zależy bowiem, by składki i wszelkie aktywa OFE trafiły do budżetu (mowa o
o ponad 14,6 mld USD), by zmniejszyć deficyt budżetowy (do końca przyszłego roku ma on spaść poniżej 3 proc. PKB) i największy w regionie dług publiczny, który w tym roku ma wynieść 78,9 proc. PKB. Rząd wprowadzał zmiany w rekordowym tempie, co oznaczało mało czasu na przeprowadzenie dyskusji czy też ewentualnych protestów. Swoje zaniepokojenie wyraziła m.in. Komisja Europejska. Ostatecznie 25 października 2010 roku ustawę przyjęto 249 głosami za, przy 11 przeciwnych.

Premier Viktor Orban zapowiedział „kryzysowe” podatki dla innych sektorów gospodarki, które będą pobierane przez następne trzy lata. Podatki nałożono w sektorze energetycznym, telekomunikacyjnym, bankowości i sektorze handlu detalicznego, które są zdominowane przez firmy niemieckie i austriackie.

 

Ustawa kneblowa

 

Premier Orban jesienią 2010 roku sprowadził na Węgry uwagę całego świata forsując kontrowersyjną ustawę medialną. Określana jest mianem ukoronowania „orbanizacji”. Ustawa, wedle wielu obserwatorów zagraża wolności mediów poprzez utworzenie nowego organu, którego członkowie mianowani są  przez parlament. Jest to sytuacja szczególna w momencie, gdy obecny skład parlamentu jest de facto podporządkowany premierowi. Wszystkie media państwowe i prywatne, telewizja, radio, drukowane środki masowego przekazu i portale internetowe, podlegają teraz Węgierskiemu Narodowemu Urzędowi ds. Mediów i Telekomunikacji (NMHH). Orban postanowił zawładnąć mediami w ramach prawa, lecz przysparzając sobie grono przeciwników w kraju
i za granicą. Ustawa medialna dla wielu wydaje się być pogwałceniem zasady wolności słowa przez brak jednoznacznie lub dostatecznie precyzyjnie określonych artykułów. Sytuację tę można porównać z zachowaniem władz w Chinach i ich słynnym Great China Firewall, który zawiera zakamuflowany zakaz przeglądania rzeczy, które są naprawdę niebezpieczne dla społeczeństwa, ale pod który można podporządkować rzeczy niebezpieczne dla rządzących.

W każdym razie nowa Rada może nałożyć grzywnę na publikacje dziennikarskie, które uzna za naruszające normy równowagi i poszanowania godności ludzkiej. Naraża się ten, kto zagraża wartościom rodzinnym, moralności publicznej czy też znieważa „etniczną, wyznaniową albo inną mniejszość, albo jakkolwiek ukształtowaną większość”. Ustawa weszła w życie 1 stycznia 2011 roku.

 

Kontrowersyjna ustawa zasadnicza

 

Wszelkie przesłanki zapowiadały nowelizację czy wręcz wprowadzenie nowej ustawy zasadniczej Węgier. Ciężka sytuacja ekonomiczna, marazm społeczny, konieczna większość parlamentarna, przychylność mediów zapewniona nową ustawą, przyjaźnie nastawiony prezydent i poparcie wysokie społeczne uznane zostały za idealną okazję do przeprowadzenia zmian. Prace nad projektem rozpoczęły się jesienią ubiegłego roku. Rząd pozwolił na zaledwie miesięczną debatę w parlamencie. Termin głosowania ustalono na 18 kwietnia 2011 roku.

W toku prac nad konstytucją z komisji wycofały się partie opozycyjne, które chciały dłuższych konsultacji i referendum narodowego. Premier stwierdził, że poparcie społeczne, które otrzymał w wyborach pozwala mu ominąć możliwość przeprowadzania referendum konstytucyjnego. Janos Martonyi, węgierski minister spraw zagranicznych skrytykował partie opozycyjne za bojkotu rozmów w sprawie nowej konstytucji i podkreślił, że struktury instytucji demokratycznych Węgier pozostaną zasadniczo niezmienione. W głosowaniu wśród członków obecnego Parlamentu 262 głosowało „tak”, 44 „nie” (deputowani z partii Jobbik), jedna osoba wstrzymała się od głosu, natomiast aż 78 członków nie głosowało (socjaliści i LMP). 25 kwietnia 2011 roku prezydent Pála Schmitt podpisał konstytucję – mimo protestów społecznych i wbrew krytyce ze strony lewicowej opozycji, a także Amnesty International. Nowa konstytucja wejdzie w życie 1 stycznia 2012 roku.

Rząd opisuje konstytucję jako ustawę zasadniczą, z której przyszłe pokolenia Węgrów będą dumne, ponieważ jest europejska, narodowa, nowoczesna i tolerancyjna. Konstytucja Zwiększa ona uprawnienia prezydenta, który będzie mógł rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory, o ile rząd nie zatwierdzi w wymaganym terminie ustawy budżetowej. Ogranicza też rolę sędziów Trybunału Konstytucyjnego, szczególnie w okresie przyjmowania budżetu. Ograniczenia Trybunału Konstytucyjnego w odniesieniu do kwestii finansowych zostaną zniesione dopiero po obniżeniu zadłużenia poniżej 50 proc.t PKB. Ponadto, tylko takie organizacje mogą otrzymać środki finansowe lub zlecone zadania z budżetu centralnego, w których istnieje przejrzysta struktura własności i działania (uwidacznia się tutaj analogia do ustawy medialnej – kryteria ustala władza).

Co ważne w takich kwestiach jak polityka rodzinna, system emerytalny, ustawa dotycząca banku centralnego, przyjęcie waluty euro i podatki niezbędna będzie zgoda dwóch trzecich składu parlamentu. Do tej pory te uprawnieni były pod nadzorem rządu (zwykła większość parlamentarna), a teraz mogą być zmieniane tylko przez „Cardinal Acts”, które  zapadają większością dwóch trzecich głosów i nie podlegają kontroli konstytucyjności.

Financial Times cytuje wypowiedź węgierskiego politologa – Wszędzie na świecie gdy uchwala się konstytucję po to by powstrzymać tych u władzy (system hamulców
i równoważenia się poszczególnych organów państwa). Na Węgrzech celem parlamentu jest przyjęcie nowej konstytucji, aby zwiększyć swoją władzę, nawet gdy nie będzie się u jej steru.

 

Szeroka krytyka

 

Konstytucja była krytykowana ze strony Unii Europejskiej, a nawet ONZ za brak wystarczającej kontroli i równowagi między władzą wykonawczą i ustawodawczą. Były prawicowy prezydent Laszlo Solyom skrytykował także sposób pracy nad tym aktem.

1 stycznia 2011 Węgrzy objęli rotacyjną prezydencję w Radzie UE. Początek prezydencji był jednak trudny z uwagi na szeroką krytykę wobec ustawy medialnej i tryb pracy nad nową konstytucją. – Węgry naturalnie ponoszą szczególną odpowiedzialność za wizerunek Unii Europejskiej jako całości - powiedziała Angela Merkel. Amnesty International uznała zaś, że nowa ustawa zasadnicza „narusza międzynarodowe i europejskie standardy praw człowieka” i zmniejsza legislacyjne mechanizmy kontroli i równowagi.

 

Antycypowanie przyszłości

 

Przywódca socjalistów Attila Mesterházy nazwał nowa konstytucję „konstytucją Fideszu” i obiecał jej zmianę na podstawie porozumienia narodowego, po kolejnych wyborach. To jest clue szerszego spojrzenia na tą sytuację, bo konstytucyjny tzw. „hamulec długu”, który zmusi rząd do obniżenia długu publicznego z około 80 proc. PKB do poziomu poniżej 50 proc., jest tak naprawdę przewidziany dla politycznych przeciwników prawicy. Analitycy ostrzegają, że ręce przyszłych rządów może być związane, ponieważ zdolność do zmiany prawa w kluczowych obszarach, takich jak zmiana opodatkowanie wymaga większości dwóch trzecich głosów. Nowy rząd może również być mniej stabilny, bo prezydent może rozwiązać parlament, jeśli budżet nie zostanie przyjęty. A obecnie Prezydent, parlament i Trybunał Konstytucyjny są postrzegane jako prawicowe – „to może podważyć podstawy demokratycznej kontroli i równowagi” – pisze publicysta Financial Times.

Gdy do władzy dojdą socjaliści w 2014, to, co teraz stanowi wartość dodaną dla Fideszu, obróci się przeciw socjalistom. „Nawe gdy Fidesz przegra następne wybory parlamentarne, będzie miał siłę by doprowadzić do upadku nowego gabinetu najprawdopodobniej pod wodzą Mesterházy’ego” -  twierdzi Krisztian Szabados z Political Capital think-tanku w Budapeszcie.

Nasuwa się pytanie – co wtedy gdy w ramach systemu demokratycznego, demokratycznie wybrani przedstawiciele otrzymują tak silną władzę by de facto zgodnie
z prawem zmienić ustrój państwa na półdemokratyczny czy nawet autorytarny. Czy każdy inny rząd mając konstytucyjną większość nie posunął by się do podobnych kroków – zmiany konstytucji i zawłaszczenia mediów (czwartej władzy)? Który przywódca państwa mając konstytucyjną większość w parlamencie, lojalnie nastawionego prezydenta i lojalny Trybunał Konstytucyjny, nie postawiłby takich politycznych kroków? Wszakże banalnym stwierdzeniem jest, że demokracja nie jest najdoskonalszym ustrojem, ale najlepszym jaki do tej pory wymyślono. Viktor Orban ma w ręku wszystkie silne karty, a przewidując przyszłe wydarzenia zapewnił sobie możliwość wpływania na władzę nawet na wypadek porażki w najbliższych wyborach. 

Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.