Jesteś tutaj

Data dodania

pon., 14/11/2011 - 10:40

 

12 listopada na włoskiej scenie politycznej nastąpiła zmiana warty, która stała się centralnym wydarzeniem dnia w wielu mediach na wszystkich kontynentach. Nieczęsto bowiem zdarza się, by ze stanowiska nagle odszedł polityk, który funkcję premiera pełnił przez 9 lat. Nieczęsto też się zdarza, by stojący na czele rządu polityk budził tak wiele kontrowersji. Jakkolwiek Silvio Berlusconi jest politykiem niezwykle specyficznym i w opinii wielu – psującym jakość polityki, to jednak nie można mu odmówić politycznej przebiegłości, charyzmy i konsekwencji. Gdyby nie ta kombinacja cech, nie utrzymałby się na szczycie przez tyle lat. Mimo to nadszedł moment, w którym poinformował naród o swojej rezygnacji. Na pewno nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień na czele rządu.

W sobotni wieczór 12 listopada 2011 r. przed Kancelarią Premiera w Rzymie zaczęły zbierać się tłumy, wśród których byli zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy Silvio Berlusconiego. Czekali, aż wyjdzie on z Kancelarii i uda się do prezydenta, by złożyć na jego ręce rezygnację ze stanowiska premiera. Gdy złożenie rezygnacji stało się faktem, przeciwnicy kontrowersyjnego magnata medialnego zaczęli wiwatować i śpiewać na ulicach największych włoskich miast. Cieszyli się, że nie będą już musieli wstydzić się za ekscesy swego premiera i słuchać żenujących niekiedy wyjaśnień. Jakkolwiek bowiem politykiem Berlusconi był sprawnym i utalentowanym, to zgubiła go fascynacja pięknymi kobietami i potrzeba epatowania bogactwem. Cały świat śmiał się z bunga-bunga, które to hasło weszło już do słownika, oglądał zdjęcia młodych kochanek Berlusconiego i zastanawiał, gdzie są granice cierpliwości Włochów, po przekroczeniu których były już teraz premier będzie musiał podać się do dymisji. Prób jego zdymisjonowania było wiele – opozycja nie ustawała w staraniach, by dokonała się zmiana na stanowisku. Czego nie byli w stanie zrobić przeciwnicy Berlusconiego -  uczynił kryzys gospodarczy, z którym rząd pod wodzą „boskiego Silvio” nie potrafił sobie poradzić.

8 listopada w Izbie Deputowanych głosowano nad sprawozdaniem z wykonania budżetu w 2010 roku. Dla Berlusconiego mogło się ono zakończyć bardzo niepomyślnie, gdyż jego koalicja straciła większość po tym, jak z jego partii, Ludu Wolności, odeszło 8 deputowanych. Na szczęście jednak dla Berlusconiego, w głosowaniu nie wzięła udziału część opozycji. Deputowani ci wyjaśnili, że odmówili udziału w głosowaniu ze względu na dobro Włoch. Za przyjęciem sprawozdania było 308 deputowanych – to nawet nie cała połowa z liczącej 630 deputowanych Izby niższej. Stanowiło to niewątpliwy dowód na to, że Lud Wolności nie jest już głównym rozdającym, a sam Berlusconi traci wpływy w ekspresowym tempie. Nie była to pierwsza próba przyjęcia sprawozdania. Za pierwszym razem rządząca koalicja poniosła porażkę. Trudno więc rozpatrywać wynik listopadowego głosowania w kategoriach jakiegokolwiek zwycięstwa. Była to porażka, bo ostatecznie udowodniła, że Berlusconi się już w polityce nie liczy – wszyscy mieli jednocześnie świadomość, że jego dni w polityce są policzone. I to na palcach jednej ręki.

W konsekwencji niefortunnego głosowania, Berlusconi pojawi się u prezydenta Giorgio Napolitano, którego zapewnił, że złoży na jego ręce swój mandat, gdy Parlament przyjmie ustawę stabilizacyjną. Ustawę w piątek 11 listopada przyjął Senat, następnie trafiła do Izby Deputowanych. Za ustawą głosowało 156 senatorów, przeciw było 12 senatorów z opozycyjnej partii Włochy Wartości. W głosowaniu nie uczestniczyły natomiast pozostałe partie opozycyjne. Podobnie dzień później, deputowani opozycyjnej Partii Demokratycznej wstrzymali się od udziału w głosowaniu w Izbie niższej, choć pozostali na sali obrad. Za przyjęciem ustawy głosowali deputowani koalicji centroprawicowej i opozycyjnej Unii Centrum.

Ustawa, której celem jest uzdrowienie zadłużonych na 2 biliony EUR Włoch, zakłada przede wszystkim podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat, cięcia w administracji publicznej i liberalizację gospodarki. Przewiduje też bardzo bolesne działania, ale stojące na skraju przepaści Włochy nie mogą sobie w tej sytuacji pozwolić na półśrodki. Bankructwo, o którym wspomina się coraz częściej, choć ciągle wydaje się raczej nieprawdopodobne, pogrążyłoby Europę w dużo większej zapaści, niż trwające od miesięcy problemy Grecji. Wydarzeniom w Rzymie przyglądają się więc europejscy przywódcy. Pracom nad ustawą przyglądała się m.in. delegacja Europejskiego Banku Centralnego.

Funkcję szefa ocalenia narodowego rządu prezydent Napolitano powierzył ekonomiście Mario Montiemu. Nowy rząd ma zostać zaprzysiężony w tym tygodniu, być może już w poniedziałek. W środę 9 listopada prezydent mianował byłego unijnego komisarza dożywotnim senatorem. To bardzo prestiżowe wyróżnienie, dzięki któremu najbardziej prawdopodobny przyszły premier będzie jednocześnie członkiem parlamentu, co wpłynie na rangę jego działań. Monti to technokrata – i doskonały kandydat na ciężkie czasy. Obecnie trwają rozmowy na temat składu rządu.

Zapowiedź premiera Berlusconiego o ustąpieniu nie uspokoiła rynków finansowych. W środę (9 listopada) oprocentowanie 10-letnich włoskich obligacji przekroczyło 7%. Na dłuższą metę Włoch nie stać na tak drogą obsługę zadłużenia. Gdy oprocentowanie greckich, portugalskich i irlandzkich obligacji zbliżyło się do tego poziomu, państwa te wstąpiły o międzynarodową pomoc. Póki co, Włochy nie zdecydowały się na skorzystanie z tego narzędzia, co nie zmienia faktu, że sytuacja jest bardzo zła. Można jednak się spodziewać, że zmiana na włoskich szczytach władzy zostanie na dłuższą metę doceniona przez inwestorów. Nie jest tajemnicą, że Berlusconi był zmorą dla rynków finansowych. Nieprzewidywalny, arogancki, skłócony z ministrem finansów. Zapewne przeprowadzanie trudnych, ale i ambitnych reform, które zakłada przyjęta ustawa stabilizacyjna, nie odbędzie się w atmosferze społecznego zrozumienia, trudno zatem zakładać z dużym prawdopodobieństwem, kiedy włoska gospodarka odczuje skutki zmian. Mimo wszystko jest to krok niezbędny, a jeśli reformy będzie przeprowadzał polityk, który nie ma przeciwko sobie ponad połowy deputowanych – i milionów zdegustowanych obywateli – tym bardziej prawdopodobne wydaje się powodzenie tych działań.

Opiniotwórczy belgijski „Le Soir”napisał, że odchodzi polityczny błazen, który „był wstydem dla europejskich demokracji” i „zagrożeniem dla kontynentu europejskiego”. Rzeczywiście, Berlusconi należy do grupy tych ludzi, wobec których trudno mieć ambiwalentne uczucia. Z jednej strony opinia publiczna była zażenowana jego ekscesami z nieletnimi prostytutkami (i w ogóle zbyt dużym akcentowaniem rozbuchanego życia erotycznego) i zniesmaczona wprowadzaniem rynsztokowych elementów do życia publicznego (jak choćby wypowiedź, że trzeba być „fiutem”, by głosować na partię Romana Prodiego), z drugiej – kolejne rządy, na czele których stał Berlusconi (a było ich trzy), potrafiły być zaskakująco skuteczne w realizowaniu ambitnych projektów, choćby infrastrukturalnych. Poza tym, każdy polityk chciałby wiedzieć, jak Berlusconi to robi, że choć ma tak wielu zadeklarowanych przeciwników, wciąż potrafi – on i jego partia - osiągnąć bardzo przyzwoity wynik wyborczy. Tym razem jednak wiatr wiał Berlusconiemu prosto w oczy – włoski wiatr zmian.

Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.