Jesteś tutaj

Data dodania

czw., 15/11/2012 - 08:02

Pamiętasz najsmutniejszy obrazek z podróży?

Wiele takich było. Powoli się przyzwyczaiłem do tego, że świat jest niesprawiedliwy, że istnieje rozwarstwienie, bieda. Już dziś małe dzieci, które żebrzą na ulicy nie powodują, że płaczę przez całą noc – a przez lata tak było, nie potrafiłem przetrawić tego, co widziałem w Indiach czy Kambodży.

 

Czy wracając do Polski obiecywałeś sobie: "coś z tym zrobię"?
Tak. Przez ostatnie półtora roku prowadzę Komitet działający na rzecz rezerwatu Imire w Zimbabwe, zbierający pieniądze na ochronę czarnych nosorożców w Afryce. Uważam, że popłakiwanie po powrocie z podróży, pokazywanie slajdów o biedzie i opowiadanie smutnych historii na pokazach zdjęć to pójście na łatwiznę. Jeśli widzę, że coś jest poważnie nie tak, to staram się w to zaangażować, w jakikolwiek efektywny sposób.

Mnie najbardziej bolą te obrazki, które pokazują nie nierówność czy biedę, a celowe, przemyślane działanie jednego człowieka, który krzywdzi innych. To jest coś, z czym się nigdy nie pogodzę. Jeśli widzę człowieka, który jest w stanie okaleczyć pięć osób w rezerwacie w Zimbabwe, związać dwadzieścia pięć innych, kogoś zgwałcić, kogoś zastrzelić, wymordować zwierzaki, które w zagrodach, to nie mieści mi się w głowie, do jakiego poziomu trzeba spaść, żeby coś takiego z pełną premedytacją robić za pieniądze. Najbardziej boli mnie wykorzystanie człowieka przez drugiego człowieka.

 

Twoje ulubione miejsca na świecie to Nepal, Etiopia czy Tajlandia - czyli miejsca biedne, które dostarczają smutnych obrazków. Jak myślisz, z czego wynika to, że w tych krajach tak trudno się żyje, że nie potrafią poradzić sobie z biedą?

Musimy tu parę rzeczy rozgraniczyć. To nie jest tak, że Tajlandia czy Malezja biedne; Tajlandia ma wyższe PKB niż Polska, Malezja tak samo.

 

No dobrze, co zatem powoduje, że pieniądze są tak nierównomiernie dystrybuowane?

Przyczyna jest inna w każdej części świata. W Afryce jest jeden główny powód - wielka, gigantyczna zbrodnia białego człowieka, który podzielił Afrykę od linijki na wiele krajów, w których żyją walczące ze sobą klany i zaczął ostro eksploatować znajdujące się tam złoża naturalne, po czym wychodząc z kolonii powiedział:OK, macie tu na pocieszenie paszporty i możecie bez wiz wjeżdżać do naszych krajów i starać się tam o pracę, ale my zostawiamy w swoich rękach zarządzanie wszystkimi złożami. W Botswanie, Zambii czy RPA jest mnóstwo złóż naturalnych, dużo złota, diamentów - tym wszystkim zarządzają zachodnie spółki, na przykład DeBeers, gigantyczna firma z kapitałem holenderskim - czyli spółka postkolonialna. Zarządza całym przemysłem diamentowym w RPA, największymi kopalniami...

 

...których pracownicy umierają pod ziemią z powodu złych warunków pracy.

Tak, dokładnie. W Rosji jest jeszcze inny powód, tam liczy się polityka i to, jakie kto ma koneksje, liczą się gazowe i ropne biznesy, ale też fortuny budowane od czasów carów na plecach biednych chłopów, którzy zimą jedli siano, bo byli tak głodni.

W Azji Południowo-Wschodniej nie ma dużego rozwarstwienia. W Indiach jest, i to po prostu nieprawdopodobne. Na przykład Bombaj - przebogate miastem w wielu swoich przejawach, a obok milionowe slumsy, w których ludzie żyją w strasznych warunkach.

Moim zdaniem kolonizacja doprowadziła do rozwarstwienia społeczeństw i zostawiła po sobie porządek prawny, który ci, którzy potrafili czytać, skończyli jakieś szkoły i mogli studiować w Londynie czy Paryżumogli wykorzystać do swoich potrzeb, a ci, którzy mieszkali w slumsach, nadal w nich mieszkają i szybko się z nich nie wydostaną. To my, biali, jesteśmy temu winni, nawet nie przez samą kolonizację, a przez to, co zostawiliśmy po niej.

 

Co lubisz w Indiach?

Niewiele.  Lubię seanse w kinie. Kolory. To jest chodząca, ruszająca się widokówka - sari, kadzidła, świątynie, riksze. Kuchnięprzepyszne jedzenie, zwłaszcza na południu. To, co oferują indyjskie restauracje w Polsce to jest jakiś żart, to nie ma nic wspólnego z tym, co się je w Indiach. Jedzenie robione w Indiach na ulicy jest naprawdę przepyszne.

Niesamowita jest indyjska duchowość, która nam wydaje się prześmieszna, bo Hindusi mają trzy miliony bóstw i bogów, codziennie trzysta pięćdziesiąt świąt do obchodzenia, duchy, demony i tak dalej. Przy takim powierzchownym spojrzeniu to może wydawać się śmieszne, w takim głębszym rozumieniu jest bardziej poważne, ale chyba nie ma w Europie człowieka, który by hinduską duchowość naprawdę dobrze poznał, na to trzeba poświęcić życie.

Ale brud, biurokracja, chaos, który panuje w Indiach, stan dróg, przeludnienie tak męczące, że trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby po Indiach dłużej podróżować.

 

W 2008 r. relacjonowałeś wydarzenia z Nepalu, które doprowadziły do obalenia monarchii w tym niewielkim kraju. Nie chciałbyś się skoncentrować na komentowaniu wydarzeń z miejsc zapalnych, nie chciałeś być korespondentem wojennym?

Nie, nigdy w życiu. Znam wielu korespondentów wojennych, wiem, jaka to jest praca i wiem, w jakim stanie, gdy wracają z eksportu.

Wydarzenia w Nepalu mnie zaskoczyły. To nie było tak, że poleciałem specjalnie, żeby relacjonować przewrót. Poleciałem, wylądowałem, a następnego dnia nagle zamknęli kraj, wszystkie drogi, pojawiły się barykady, król wyprowadził wojsko na ulice. Wieczorem, gdy kładłem się do łóżka, był spokój, a rano była już zadyma. Zostałem uwięziony w Katmandu i nie miałem jak wyjechać, dlatego relacjonowałem wydarzenia z dachu hotelu, gdy nad głową mi krążył wojskowy helikopterale nigdy bym tego nie robił na własne życzenie.

 

Relacjonowałeś też wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Pokusisz się o przewidzenie wyniku? (rozmowa została przeprowadzona 5.11, a więc na dzień przed wyborami w USAprzyp. M.K.)

Nie, bo nie czuję się autorytetem w tym temacie. Wolałbym, żeby wygrał Obama. Cztery lata temu w Stanach dałem się ponieść tej niesamowitej energii, która płynęła z ludzi; po ogłoszeniu wyniku wyborów płakali na ulicach i wierzyli, że to będzie naprawdę gigantyczna zmiana. Czy była zmiananie wiem. Obama wciąż nie podpisał protokołu z Kioto, nie wyprowadził wojsk z Afganistanu, rozłożył Irak na łopatki i zostawił za sobą spaloną ziemię; nie widzę więc szczególnie dużych zmian.

 

Ale mimo wszystko wolisz Obamę widzieć na stanowisku prezydenta przez kilka kolejnych lat.

Wolę, żeby wygrał Obama, ponieważ Romney reprezentuje interesy ludzi, którzy już wystarczająco wiele złego zrobilibiałego biznesu, amerykańskich bogaczy i korporacji. Do tego jest bardzo wysokim duchownym w hierarchii mormońskiej. Nie chciałbym, żeby prezydent najsilniejszego kraju na świecie należał do sekty, która pierze mózgi swoim członkom podczastajnych misji, do spraw związków i seksualności ma poglądy zbliżone do średniowiecznych i wierzy, że pochodzimy z planety Kolob.

Poza tym Romney jest Republikaninem. Z powodu swoich przekonań nigdy bym na niego nie głosował, ponieważ jestem bardzo daleki od ideałów, które głoszą republikanie. W ich mniemaniu ideałem byłaby Ameryka jak na południu przed wojną secesyjnąa te czasy już dawno minęły - i dzięki Bogu. Bardzo się cieszę, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych jest czarny. To jest fantastyczna sprawa. To jest uwieńczenie drogi czarnej społeczności od niewolnictwa, przez pucybutów i służbę, po silną, zorganizowaną grupę społeczną, której głosu się słucha. Murzyni, Mulaci, Latynosi, mają dziś figurę, z którą mogą się identyfikować. Przez lata poniewierani, poniżani, traktowani nierówno, a dzisiaj mająswojegoprezydenta. To jest gigantyczna wartość w walce z rasizmem.

 

Czy możesz nam powiedzieć, czym jest akcja TATENDE?

W Afryce obecnie najcenniejszym towarem, który się stamtąd wywozi, rogi czarnych nosorożców. Kosztują 60 tysięcy dolarów za kilogram sproszkowanego produktumniej więcej dwa razy tyle, ile kokaina czy złoto. Jeden zwierzak może mieć nieść 8 kilogramów rogu, więc jest wart pół miliona dolarów. Pół miliona dolarów nawet w Polsce to jest duża kasa, a teraz pomnóż to sobie razy dziesięć i będziesz miała wyobrażenie, jak olbrzymie to pieniądze w Afryce. W tej chwili w zachodniej Afryce nie ma już żadnego nosorożca, wszystkie zostały wystrzelane. We wschodniej też, w zeszłym roku ostatni nosorożec został tam zabity przez kłusowników. Południowa Afryka to jest ostatnie miejsce na świecie, w którym nosorożce można jeszcze w ogóle zobaczyćwszystko dlatego, że chińska mafia rozprowadza w Chinach różne produkty, zawierające sproszkowane rogi, które mają gwarantować potencję, płodność, odganiają złe duchy.

 

To nie ma żadnego uzasadnienia z medycznego punktu widzenia.

Kompletnie żadnego, tyle że popyt nie kieruje się względami racjonalnymi. Jest popyt, jest i dostawca. W tej chwili to, co się dzieje w Afryce, nazywa się wojną o nosorożce,rhino war.

Z jednej strony ludzie, którzy uważają, że te zwierzaki po prostu musimy uratować, za wszelką cenę. Zarabiają np. 150 dolarów miesięcznie. Codziennie wieczorem wyjeżdżają na patrole i czekają tylko, ktoś się pojawi na terenie rezerwatu i zacznie do nich strzelać. Oni to robią dla idei. Wiedzą, że ostatnim bastionem obrony tych zwierząt przed kłusownikami i jeśli polegną, to już nikt nigdy nosorożców nie zobaczy. strasznie źle wyekwipowani, niedoszkoleni, nieuzbrojeni, niedofinansowani, wszystko jest na nie.

Z drugiej strony mamy wielomiliardowe przedsiębiorstwo, jakim jest cały ten biznes, który zabija nosorożce, masz chińską mafię, snajperów w helikopterach i komandosów, którzy jeżdżą jeepami, morderców i wynajętych weterynarzy. Cała ta siła jest skierowana na ostatnie tysiące nosorożców, które zostały w Afryce.

TATENDE zostało tworzone po to, aby wspierać pierwszą stronę. To jest wojna przegrana z góry, ale to nie oznacza, że nie powinniśmy w niej walczyć. Może się stanie cud, nie wiem, może w najbliższym czasie Unia Afrykańska uzna, że trzeba walczyć, postawić wszystko na jedną kartę i obronić nosorożce oraz pozostałe zwierzaki, bo na nosorożcach się nie kończy.

Poznałem ludzi, którzy stracili swoich bliskich w takich strzelaninach, i tych, którzy stracili zdrowie. Wiem też, jak wygląda ich życie. To jest wojna o nosorożce, ale giną w niej ludzie. Pomagam tym, którzy stoją po właściwej stronie tej wojny.

 

Tomek Michniewiczdziennikarz, backpacker, fotograf, radiowiec i aktywista. Autor dwóch bestsellerowych reportaży:Samsara. Na drogach, których nie maorazGorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów, redaktor naczelny serwisu podróżniczego KoniecŚwiata.net. W przeszłości dziennikarz radiowej Trójki,Politykii Polskiego Radia BIS. Laureat czterech statuetek na festiwalu cywilizacji i sztuki mediów, odkrywców i podróżników Mediatravel, nominowany do nagrody National GeographicTraveler.

 

Pierwszą część znajdziecie pod adresem http://www.stosunkimiedzynarodowe.pl/trzeba-wyjecha%C4%87-zobaczy%C4%87-jak-wiele-w-%C5%BCyciu-jest-alternatyw-cz1

Tagi:

Copyright © 2011 stosunkimiedzynarodowe.pl. Projekt i realizacja: agencja interaktywna netturbina.pl.